Boli mnie wszystko i poza marudzeniem niewiele dziś robię.
Mężu pomyślnie zakończył sesję i w nagrodę zafundowałam mu służącego.
Skarpeciak karmiony wczoraj ciastem uprał się dziś w całości bez uszczerbku, tylko policzki się sprały i Gabryśka zrobiła mu nowy makijaż. Abstrakcyjny.
I w ciągu ostatnich siedmiu dni dwa razy prawie zabiłam męża.
Raz powiedziałam mu, jak przełykał mięso z obiadu i spytał co to, że to mysz, którą znalazłam pod wanną i się udławił. Żart taki to miał być, ale trochę mi nie poszło.
Drugim razem pokazał mi środkowy palec nie w porę i mnie poniosło. Palec ma poharatany, bo wypróbowywał nową wyrzynarkę i odchyla go, za każdym razem, gdy coś robi. A ja mu właśnie tłumaczyłam bardzo ważną rzecz, on tą chorą ręką jadł kanapkę i właśnie, gdy przytoczyłam głowny argument podniósł do góry rękę i ów palec. No która by wytrzymała?!